piątek, 10 maja 2013

Dlaczego nie chcę być katolikiem ani chrześcijaninem? Cz. 2

Moralność a religia

Osoby wierzące, z którymi rozmawiałem na ten temat, twierdzą, że „gdyby nawet Boga nie było, to trzeba  go wymyślić” bo, ich zdaniem, ludzie by się od razu nawzajem pozabijali. Z badań naukowych nad ewolucją ludzkich zachowań płyną zupełnie odmienne wnioski. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się cytatami:

Nasza ewolucja gatunku istot współdziałających stanowi wystarczające wyjaśnienie psychologii rozumowania moralnego oraz sposobu, w jaki dzieci i dorośli wyobrażają sobie moralny aspekt czynów. Nie potrzebujemy żadnych odrębnych wyobrażeń istot nadprzyrodzonych, żadnego odrębnego systemu nakazów i zakazów, żadnego wzoru do naśladowania. Jednak skoro dysponujemy wyobrażeniami istot nadprzyrodzonych, mających dostęp do informacji strategicznych, wyobrażenia te stają się tym bardziej pociągające i przydatne, że można włączyć je bez trudu do rozumowania moralnego, które i tak by istniało. W ten sposób idee religijne w pewnym sensie pasożytują na intuicjach moralnych.[1]

Głos w tej sprawie zabrał także znany polski neurobiolog, prof. Jerzy Vetulani, który w ten oto sposób streszcza związek religii z moralnością: Teoria „lewopółkulowego interpretatora” - układu, tłumaczącego nam racjonalnie rzeczy niewyjaśnione, sugeruje, że normy etyczne i moralne, wytworzone w procesie ewolucji, były wcześniejsze, niż wierzenia religijne, a te ostatnie powstały właśnie dla racjonalizacji naszej moralności.[2] A więc jak najbardziej się zgadza: nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę!

Dodam, że mowa tutaj o moralności lub etyce, którą religia jednak zbyt często myli z… obyczajowością. Turiel wykazał, że już w wieku trzech, czterech lat dzieci intuicyjnie wiedzą, że źle jest bić innych, bez względu na to, czy jednoznacznie tego zakazano. Natomiast krzyki podczas lekcji są złe tylko wtedy, kiedy została wyrażona wprost prośba o ciszę. Nieco starsze dzieci (cztero- albo pięcioletnie) również mają wyraźne intuicje co do hierarchii rożnych rodzajów naruszania zasad. Czują, że kradzież długopisu nie jest tak naganna jak bicie innych. Z tego samego powodu hałasowanie podczas zajęć przedszkolnych to tylko drobne naruszenie umownej zasady, natomiast noszenie spódnicy przez chłopca to pogwałcenie jednej z ważniejszych konwencji społecznych. Jednak dzieciom łatwiej wyobrazić sobie rewizję podstawowych norm społecznych (na przykład świat, w którym to chłopcy musieliby nosić spódnice) niż zmianę pomniejszych zasad moralnych (sytuację, w której kradzież gumki byłaby normalna).[3] Lub na przykład molestowanie seksualne. No właśnie, dlaczego nawet dziecko potrafi sobie to wyobrazić, ale już nie biskup sugerujący, że homoseksualizm (jako nieakceptowana przez fundamentalistów religijnych norma społeczna) jest większym problemem od pedofilii (norma moralna – wywołujemy u kogoś realne cierpienie)?[4]

Osobiście nie twierdzę, że nie potrzeba ludziom etyki, która streszczałaby nasze wrodzone intuicje moralne i która przenosiłaby nasze współczucie na osoby, z którymi nie mamy i nie będziemy mieć nigdy bezpośredniego kontaktu. Np. na całe społeczeństwo, na ludzkość - idea braterstwa, tolerancji (oczywiście z wyjątkiem dla tych którzy z gruntu nie są tolerancyjni), praw człowieka, wyrównywania szans ekonomicznych, pomocy mniej uzdolnionym, chorym i wykluczonym. A nawet na inne gatunki zwierząt. Ale nie ma żadnej konieczności angażowania w to bajkowych postaci. Równie dobrze moglibyśmy wmówić ludziom, że mają się "dobrze" zachowywać bo patrzy na nich papa smerf. Ale po co? Nie lepiej, jeśli jej sens będzie dla wszystkich zrozumiały i racjonalnie umotywowany? Aby taka etyka nie wychodziła poza rzeczywiste, podstawowe potrzeby ludzkie, wyłącznym kryterium powinna być dla niej bezpośrednia krzywda, jakiej może doznać jednostka - pozbawienie życia (zabójstwo), wolności osobistej, mienia (kradzież), uszczerbek na zdrowiu (przemoc). Granicą wolności dla mojej pięści, jest twarz drugiego człowieka, oczywiście z wyjątkiem obrony własnej, czyli sytuacji gdy czyjąś pięść znajdzie się przed naszą twarzą - nadstawianie drugiego policzka jest passe. Nie wyklucza to oczywiście istnienia ciągłych konfliktów interesów - tacy jesteśmy. Ale wierzę, że jesteśmy także w stanie zrezygnować z niektórych, zbyt kosztownych dla psychiki większości z nas, dróg ich rozwiązywania (bestialstwo, ludobójstwo).

Dlaczego nie chcę być katolikiem, ani nawet żyć w tej tradycji, jak spora część moich rodaków, którzy od dawna nie wierzą lub w ogóle ich to nie obchodzi i nigdy nie obchodziło, ale ochrzcić dzieci muszą bo co na to rodzina, znajomi? Odpowiedź jest dla mnie jasna: ta tradycja, ten sposób widzenia świata, to podejście do życia podstępnie zatruwa i niszczy umysł. Wiem to z doświadczenia. Pod płaszczykiem miłości bliźniego nie rzadko kryje się nietolerancja, antysemityzm i homofonia, zbiorowa paranoja, pragnienie zysku i władzy, dogmatyczne podejście do ludzkich problemów. Niektórzy pewnie uważają, że nie mam prawa w ten sposób mówić bo to obraża ich uczucia religijne a zresztą, co ja mogę wiedzieć? Otóż mam prawo! Wychowałem się w rodzinie religijnej aż do bólu, czytałem niegdyś biblię częściej niż ojciec Rydzyk i cała rodzina Terlikowskich razem wzięta, w moim domu rodzinnym często przebywali księża. Niech sobie żyją jak chcą, ale swoje krucjaty niech prowadzą w Watykanie albo na księżycu.



Moi najbliżsi mawiają czasem, że Bóg jest dla tych, którzy go szukają. Szukałem, nie znalazłem i dobrze mi z tym! Także w samej koncepcji osobowego Boga nie znalazłem nic koniecznego i przydatnego dla życia. Pozbywam się balastu, jakim obciążyła mnie religia, wdrukowując mi w umysł swoje schematy myślenia, postrzegania. I wiecie co? Wreszcie zaczynam czuć się szczęśliwy, zmniejszyła się moja skłonność do depresji i wybuchowych reakcji! Nie zauważyłem też, żebym był mniej uczciwy, miał mniejszy opór przed podrzynaniem innym gardeł i napadaniem na banki. Przeciwnie, żyję lepiej z ludźmi bo lepiej mi się z nimi rozmawia. Lepiej mi się z nimi rozmawia bo jestem radośniejszy i zamiast mówić im jacy mają być i czego jakieś bóstwo od nich oczekuje, staram się ich poznać i zrozumieć. Żałuję jedynie, że gdy byłem dzieckiem i siłą rzeczy nie miałem nic do powiedzenia, dokonano za mnie wyboru. Ludzie religijni, posługując się zabawnie archaicznym językiem, mówią o czymś takim, jak „dawanie świadectwa”. To właśnie moje świadectwo!

środa, 8 maja 2013

Dlaczego nie chcę być katolikiem ani chrześcijaninem? Cz. 1


Pomijając, że zwyczajnie nie wierzę w nadnaturalny wymiar historii o Jezusie – według mnie żył sobie ok. 2000 lat temu pewien filozof o takim imieniu, został zamordowany (współczuję, ale to było dawno temu) za głoszenie pewnych poglądów a ludzie stworzyli z tego legendę na której wyrosła, mająca olbrzymie wpływy polityczne i ekonomiczne, znana chyba wszystkim sekta  - to nie chcę, aby mocno ubarwione interpretacje i spekulacje odnośnie tego zamierzchłego wydarzenia, nadal miały jakiś znaczący wpływ na moje życie. Nie podoba mi się ten sposób patrzenia na świat i to jak wpływa on na jakość życia i koleje losu. Mojego losu.

Nie twierdzę przy tym, że wszyscy katolicy muszą być beznadziejni. Znam kilku naprawdę fajnych i życzliwych, którzy mają widoczną jedną wspólną cechę – stronią od fundamentalizmu. Myślę jednak, że najczęściej jest to zasługa przypadku, w myśl zasady: dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi. Ten ostatni jednak zepsuć życie potrafi, pomimo frazesów, które powtarza o jego obronie. Biorąc pod uwagę doświadczenia ze sobą, oraz historię innych osób, wiem, że to, co dobre, piękne i witalne w człowieku, akurat dogmatyczna, doktrynalna religia instytucjonalna jest w stanie bez żadnych skrupułów zdeptać. I nie jest żadną tajemnicą, że nie raz robiła to w sposób brutalny i na masową skalę. Jak każda ideologia, także te, które posiadały bardzo wiele cech podobnych do religii – nazizm i stalinizm ze swoimi symbolami, obrzędami, mitologiami, itp.

Wychowałem się w katolickim domu, w rodzinie, gdzie kwestia wiary i religii miała i nadal ma ogromne znaczenie, gdzie wyjście do kościoła jest centralnym wydarzeniem tygodnia a na stole zawsze leży kilka numerów Gościa Niedzielnego. Był czas, kiedy w okresie dorastania i ja poddałem się temu klimatowi. Na szczęście dla mnie, posiadam tak bardzo znienawidzoną przez wszelkiej maści inkwizytorów i apologetów umiejętność krytycznego wątpienia, oraz zainteresowanie światem, zwłaszcza widzianym przez pryzmat nauk przyrodniczych.

Nie twierdzę, że pozjadałem wszystkie rozumy. Mam jednak wrażenie, że to ludzie wierzący zachowują się tak, jakby połknęli umysł Boga bo z takim przekonaniem i znawstwem rozprawiają o jego woli. Oczywiście tylko gdy chodzi np. o homoseksualizm, In vitro, prezerwatywy, itp. Gdy zaś chodzi np. o kwestię zła i cierpienia w świecie, stworzonym ponoć przez najdoskonalszą istotę, to albo karmią naiwnych bajeczkami o rogatych diabełkach, demonach drzemiących w Harrym Potterze i ponoć także w Hello Kitty. Albo, gdy im ktoś łaskawie zwróci uwagę, że trzęsienia ziemi, powodzie, susze, meteoryty, itp., nie mogą przecież mieć nic wspólnego z wolną wolą, która zeszła na manowce, zasłaniają się właśnie tajemniczym boskim planem. Ma on nadawać sens każdemu wydarzeniu, w którym trudno go dostrzec. A zatem podwójny standard: w kwestiach, które służą do walenia innych po głowie religia wie ponoć, czego Bóg chce, w kwestiach problematycznych, zasłania się opatrznością.

Nie uważam się za eksperta od wszystkiego, jak kapłani w naszym kraju, ale każdy może sprawdzić czy ma na prawdę do czynienia z ekspertem w jakiejś dziedzinie – można zadawać mu pytania i  zorientować się czy jego wytłumaczenie zjawisk jest jasne czy mętne, lecz najlepiej poprosić go o to by pokazał nam to o czym mówi, dał przykład… Przeciwnie, jestem osobą, która nie wiedziała za bardzo w jaki sposób radzić sobie ze światem, z życiem.

Cierpię na deficyt uwagi, co utrudniało mi do tej pory realizację jakichkolwiek złożonych celów w życiu. Odkryłem to w sobie (i przede wszystkim zweryfikowałem u lekarzy) dopiero kilka lat temu. Jako dziecko nie miałem świadomości, że przyczyniło się do wielu moich niepowodzeniem. Miałem za to w sobie poczucie, że każda moja słabość, porażka, niedostosowanie to „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”…


Religia a podświadomość

Zdumiewające, w jaki sposób doktryna i tradycja chrześcijańska (i nie tylko) traktuje całą paletę ludzkich doświadczeń, przeżywanych emocji, pojawiających się w życiu potrzeb, czy trudności. Oczywiście w pewnym sensie je dostrzega, lecz jednocześnie zamyka w zupełnie bezużytecznych dla nas, topornie wyciosanych schematach. Na przykład oddzielając sferę biologiczną, a w szczególności zaś naszą seksualność, od reszty tego kim jesteśmy. Oddzielając duszę , w znaczeniu nieuwarunkowanej woli, od fizycznych procesów zachodzących w naszym ciele i całym naszym otoczeniu (Świat). Jednocześnie wyrzucając poza ludzki umysł, poza sferę psychiki to, co stanowi jej integralną część – sferę podświadomości. Stąd najprawdopodobniej bierze się przekonanie o istnieniu diabłów, demonów, jako odrębnych bytów, które jednak znikają po podaniu leków przeciwpsychotycznych a nie po skropieniu wodą święconą…

Moi rodzice, jakkolwiek wiem, że mnie na swój kaleki sposób bardzo kochają (i nie twierdzę, że są tylko/jedyną przyczyną wszystkich przykrości, jakie mnie w życiu spotykały), wychowywali nas w specyficznym klimacie, w którym tzw. dorośli niewiele uwagi poświęcali skutecznym i konstruktywnym sposobom radzenia sobie z trudnymi emocjami, trudnościami poznawczymi, czy sposobom budowania poczucia własnej wartości. Za to zbyt dużo czasu zmarnowali na wpajanie nam abstrakcyjnych reguł i zasad, które jakoby miały pochodzić od Boga.  Aby były one przez nas zapamiętane i przestrzegane, sankcjonowali je bronią atomową ludzkiej psychiki – wywoływaniem poczucia winy i grzechu: „Jak jesteś niegrzeczny do mamusi, to smucisz Bozię, która wszystko widzi”, „Mamusia cierpi przez ciebie, że nie chcesz tego zjeść”, „Bozia cierpi przez ciebie, że sprawiasz zawód mamusi”. Problemy w szkole i z rozkojarzeniem podczas wykonywania codziennych czynności próbowali zaś rozwiązać za pomocą strachu, wstydu: „Chcesz być głąbem?”, „Powiem księdzu/twoim przyjaciołom jak się zachowujesz”. Ich największy sukces – nie kradnę i nie morduję, zdałem maturę. Czego chcieć więcej?

To jest właśnie sposób, w jaki religia „wychowuje”, tzn. podporządkowuje sobie ludzi. Za pomocą strachu przed bożym gniewem (potopy, plagi egipskie, bombardowanie Sodomy i Gomory), przed pośmiertnymi męczarniami w ogniu piekielnym. Także, a przede wszystkim w chrześcijaństwie, za pomocą wywoływania w owieczkach poczucia winy. W końcu Jezus cierpiał przecież za TWOJE grzechy! Wyobraźmy sobie małe, zlęknione dziecko, któremu rodzic albo ksiądz mówi: „To przez ciebie przybili Jezusa gwoździami do drewnianej belki a potem wbili mu ostry kij w bok jego brzucha. Bardzo go przy tym bolało a krew wylewała się z jego ran. To przez ciebie.” Jakie ono będzie miało po tym sny?! Nie ważne… ważne, że będzie przez całe życie świadomie lub częściej podświadomie pragnęło, aby Bóg przebaczył mu tamto, wszczepione do jego głowy, fałszywe przewinienie.  A jaka instytucja posiada monopol na zbawienie?

Koncepcja zbawienia jest doskonałą formą marketingu. Najpierw stwarzasz sztuczną potrzebę, np. usunięcia jakiejś nieistniejącej przeszkody – w tym przypadku będzie to tzw. grzech pierworodny, który zupełnie kłóci się z naszym zdroworozsądkowym pojmowaniem winy i sprawstwa: „jestem winny bo się urodziłem, mimo iż nic jeszcze nie zrobiłem”. Potem wzmacniasz ją za pomocą brutalnych, sugestywnych obrazów, odwołujących się do naszych najbardziej pierwotnych instynktów, emocji. Nie trzeba przy tym daleko szukać bo Biblia obfituje w tego typu makabryczne historie i sceny. W podobny sposób brukowce przyciągają do siebie swoich czytelników.

Następnie oferujesz zbawienie, czyli zaspokojenie potrzeby, którą sam wymyśliłeś. Jednym z naszych najbardziej pierwotnych instynktów, jest niewątpliwie instynkt przetrwania i związane z nim pragnienie nieśmiertelności, lęk przed unicestwieniem. Choć religioznawcy mają wątpliwości co do tego, czy sam Jezus mógł pojmować zbawienie także jako dostatnie życie po śmierci, to niewątpliwie obiecuje się je jako nagrodę za lojalność wobec jego marki.

Znam kilka osób, tzw. postępowych, katolików w wersji light, z którymi się przyjaźnię i z którymi lubię rozmawiać. Twierdzą oni, że spora część treści zawartych w Biblii albo w doktrynie, jest tylko metaforą (mało kto już chyba dzisiaj wierzy, że świat został stworzony w 7 dni, prawda?). Swoją drogą nigdy nie potrafią podać jakiegoś obiektywnie zadawalającego kryterium, które jasno określa co jest tą tylko-metaforą a co nie. Zgadzają się na możliwość różnych interpretacji, ale nie potrafią uzasadnić, dlaczego ich ma być prawdziwa i czy w ogóle może jakaś być (to temat na osobne przemyślenia, którymi być może się kiedyś podzielę). I tak np. grzech pierworodny jest ich zdaniem tylko wskazaniem na niedoskonałą, czyli skłonną także do czynienia zła, ludzką naturę. Jakkolwiek różnie, często zupełnie nonsensownie, rozumieją pojęcie natury (o tym też kiedyś chciałbym powiedzieć kilka słów). Ale tego, co mówią, nie da się przecież pogodzić z wieloma prawdami wiary, dogmatami, a zwłaszcza z koncepcją grzechu i zbawienia, która jest oficjalną wykładnią teologiczną Kościoła Katolickiego. Nie ma metafizycznego grzechu, nie ma potrzeby przybijania Boga do krzyża…


Duchowość a religia

Instytucje i doktryny religijne żerują na czymś, co nazywam duchowością. W pojęciu, którego używam, duchowość bierze się z pragnienia rozwoju, samodoskonalenia we wszystkich aspektach, na jakie nasz aparat poznawczy podzielił rzeczywistość (ciało, emocje, intelekt), bierze się z pragnienia zmiany całego wymiaru naszego życia (zaczynając od zmiany jego postrzegania) na bardziej nam odpowiadający, stwarzający warunki do przeżywania większego szczęścia. Duchowość to świadome dostrzeganie tego pragnienia i stan towarzyszący działaniom nakierowanym na jego realizację. Duchowość to nadawanie życiu sensu (własnego) i dążenie do twórczej zmiany tak, aby żyło nam się w poczuciu szczęścia i spełnienia.

Dla niektórych brzmi to pewnie trochę jak pochwała egoizmu, do którego w jakimś ograniczonym zakresie także mamy prawo – korzyść własna jest wszak jedną z najsilniejszych sił napędowych ewolucji. To byłoby jednak olbrzymie nieporozumienie, gdyby dosłownie tak to interpretować! W rzeczywistości przy osobistym dążeniu do szczęścia trudno jest nie uwzględnić faktu, że nie jesteśmy sami na tym świecie, że żyjemy wśród ludzi, w wielkiej sieci powiązań ze wszystkimi stworzeniami, w olbrzymim ekosystemie. Ale jak pokazuje praktyka, aby kochać innych, najpierw trzeba nauczyć się kochać i akceptować siebie. Wszak trudno podarować komuś coś, czego samemu się nie posiada. Ludzie którzy na siłę chcą uszczęśliwiać innych, zazwyczaj właśnie żyją w pogardzie dla siebie, swoich ludzkich pragnień i ograniczeń. Moralizatorzy pragną „zmieniać” (a raczej unieruchamiać) świat nie dlatego, że go kochają, tylko dlatego, że nim gardzą. Z jakichś powodów nie widzą też, że być może powinni zacząć od siebie.

Tymczasem religia wywraca wszystko do góry nogami. Zobaczmy jak wypada ona w bezpośrednim porównaniu z duchowością. Duchowość pragnie zmiany, zaś religia kurczowo trzyma się status quo, np.  tradycyjnej wizji organizacji społeczeństwa (role płciowe, model rodziny) i funkcjonowania władzy (hierarchia kościelna, wpływ na władzę państwową). Zawsze zastanawiało mnie dlaczego katolicy w naszym kraju tak bardzo chcą, aby Chrystus na pomnikach nosił koronę, był królem Polski, choć monarchia to dość przestarzała forma ustroju politycznego a Polska już dawno nie jest królestwem? Dlaczego np. nie prezydentem albo premierem? Zresztą ponoć sam Jezus stwierdził, że królestwo jego nie jest z tego świata... Teraz już rozumiem – to typowa (i swoją drogą bardzo ludzka) tęsknota za dawnymi, wyidealizowanymi przez nasze umysły, ponoć „lepszymi” czasami. Ale taką nostalgię można zaspokoić słuchając kompozycji Chopina, czy oglądaniem obrazów Matejki. Zdecydowanie jednak nie nadaje się do budowania na jej fundamencie przyszłości.

Z tym wiąże się także jednostronne postrzeganie przez religię współczesnego świata jako mrocznego miejsca, złego i zepsutego, „odwróconego od Boga”. Co bardzo intrygujące, „działanie zła” bogobojne owieczki dostrzegają przede wszystkim w cywilizowanej części świata (tzw. „zgniły Zachód”), stabilnej politycznie i względnie dostatniej a nie w regionach, gdzie, pomimo tego (a może po części właśnie dlatego?), że ludzie są bardzo religijni, toczą się nieustanne wojny, panują krwawe reżimy, ludzie cierpią głód i nędzę, gdzie szerzą się groźne epidemie chorób a brak jest opieki medycznej. Także najbardziej religijne tkanki w społeczeństwach zachodnich, jak np. w USA, są motorem wojen i podbojów. Gdy jeszcze kilka lat temu zdarzało mi się pójść do kościoła lub gdy jeszcze sporadycznie czasem tam trafiam (śluby, pogrzeby, rocznice, jubileusze rodzinne) albo gdy czytam w prasie to, co mówią księża, najczęściej tematem ich kazań są „trudne czasy”, „upadek moralny współczesnego człowieka”, „dzisiejszy świat jest zły bo żyje bez Boga”. Denerwował mnie zawsze ten pesymizm a że moje neuroprzekaźniki mają tendencję do wywoływania u mnie stanów depresyjnych, wolę unikać religii także ze względów zdrowotnych.

Nie twierdzę przy tym, że wszystko na świecie jest cacy i nie ma globalnych zagrożeń, jak kwestie ekologiczne czy ekonomiczne, konflikty zbrojne, itp. Jednak z pewnością nie in vitro i nie homoseksualizm. Ale niech ci, którzy uważają, że sto lat temu w naszym kraju było lepiej tylko dlatego, że Polska była bardziej katolicka, porównają np. statystyki umieralności noworodków z roku 1900 i roku 2000. Swoją drogą, to czemu Bóg dopuszczał do tego, żeby ginął niepowtarzalny potencjał genetyczny, jakim jest, i tu już zapewne prawie wszyscy się zgodzą, narodzony człowiek? Niech też porównają poziom ubóstwa i edukacji w dawnej galicyjskiej wsi do czasów współczesnych. Od prawie 70 lat, co się w okresach naszego kraju (i nowożytnym świecie) nie zdarzało, nie ma w naszym kraju wojny, od ponad 20 żyjemy w państwie, w którym teoretycznie każdy ma prawo żyć według własnych przekonań i wartości. O czym oni w takim razie bredzą? Jak już wcześniej pisałem, nie ma Sprite’a, nie ma pragnienia. Mniej lęku, mniej religii i odwrotnie – mniej religii, mniej dręczących nas wizji końca świata a więcej ochoty do życia i kształtowania go w sposób twórczy.