Osoby wierzące, z którymi rozmawiałem na ten temat,
twierdzą, że „gdyby nawet Boga nie było, to trzeba go wymyślić” bo, ich zdaniem,
ludzie by się od razu nawzajem pozabijali. Z badań naukowych nad ewolucją ludzkich
zachowań płyną zupełnie odmienne wnioski. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się
cytatami:
Nasza ewolucja gatunku
istot współdziałających stanowi wystarczające wyjaśnienie psychologii
rozumowania moralnego oraz sposobu, w jaki dzieci i dorośli wyobrażają sobie
moralny aspekt czynów. Nie potrzebujemy
żadnych odrębnych wyobrażeń istot nadprzyrodzonych, żadnego odrębnego systemu
nakazów i zakazów, żadnego wzoru do naśladowania. Jednak skoro dysponujemy wyobrażeniami
istot nadprzyrodzonych, mających dostęp do informacji strategicznych,
wyobrażenia te stają się tym bardziej pociągające i przydatne, że można włączyć
je bez trudu do rozumowania moralnego, które i tak by istniało. W ten sposób
idee religijne w pewnym sensie pasożytują na intuicjach moralnych.[1]
Głos w tej sprawie zabrał także znany polski neurobiolog,
prof. Jerzy Vetulani, który w ten oto sposób streszcza związek religii z
moralnością: Teoria „lewopółkulowego
interpretatora” - układu, tłumaczącego nam racjonalnie rzeczy niewyjaśnione,
sugeruje, że normy etyczne i moralne,
wytworzone w procesie ewolucji, były wcześniejsze, niż wierzenia religijne,
a te ostatnie powstały właśnie dla racjonalizacji naszej moralności.[2]
A więc jak najbardziej się zgadza: nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę!
Dodam, że mowa tutaj o moralności lub etyce, którą religia jednak zbyt
często myli z… obyczajowością. Turiel
wykazał, że już w wieku trzech, czterech lat dzieci intuicyjnie wiedzą, że źle
jest bić innych, bez względu na to, czy jednoznacznie tego zakazano. Natomiast
krzyki podczas lekcji są złe tylko wtedy, kiedy została wyrażona wprost prośba
o ciszę. Nieco starsze dzieci (cztero- albo pięcioletnie) również mają wyraźne
intuicje co do hierarchii rożnych rodzajów naruszania zasad. Czują, że kradzież
długopisu nie jest tak naganna jak bicie innych. Z tego samego powodu hałasowanie
podczas zajęć przedszkolnych to tylko drobne naruszenie umownej zasady,
natomiast noszenie spódnicy przez chłopca to pogwałcenie jednej z ważniejszych
konwencji społecznych. Jednak dzieciom łatwiej
wyobrazić sobie rewizję podstawowych norm społecznych (na przykład świat, w którym
to chłopcy musieliby nosić spódnice) niż zmianę pomniejszych zasad moralnych
(sytuację, w której kradzież gumki byłaby normalna).[3]
Lub na przykład molestowanie
seksualne. No właśnie, dlaczego nawet dziecko potrafi sobie to wyobrazić, ale
już nie biskup sugerujący, że homoseksualizm (jako nieakceptowana przez fundamentalistów
religijnych norma społeczna) jest większym problemem od pedofilii (norma
moralna – wywołujemy u kogoś realne cierpienie)?[4]
Osobiście nie twierdzę, że nie potrzeba ludziom etyki, która streszczałaby nasze wrodzone intuicje moralne i która przenosiłaby nasze współczucie na osoby, z którymi nie mamy i nie będziemy mieć nigdy bezpośredniego kontaktu. Np. na całe społeczeństwo, na ludzkość - idea braterstwa, tolerancji (oczywiście z wyjątkiem dla tych którzy z gruntu nie są tolerancyjni), praw człowieka, wyrównywania szans ekonomicznych, pomocy mniej uzdolnionym, chorym i wykluczonym. A nawet na inne gatunki zwierząt. Ale nie ma żadnej konieczności angażowania w to bajkowych postaci. Równie dobrze moglibyśmy wmówić ludziom, że mają się "dobrze" zachowywać bo patrzy na nich papa smerf. Ale po co? Nie lepiej, jeśli jej sens będzie dla wszystkich zrozumiały i racjonalnie umotywowany? Aby taka etyka nie wychodziła poza rzeczywiste, podstawowe potrzeby ludzkie, wyłącznym kryterium powinna być dla niej bezpośrednia krzywda, jakiej może doznać jednostka - pozbawienie życia (zabójstwo), wolności osobistej, mienia (kradzież), uszczerbek na zdrowiu (przemoc). Granicą wolności dla mojej pięści, jest twarz drugiego człowieka, oczywiście z wyjątkiem obrony własnej, czyli sytuacji gdy czyjąś pięść znajdzie się przed naszą twarzą - nadstawianie drugiego policzka jest passe. Nie wyklucza to oczywiście istnienia ciągłych konfliktów interesów - tacy jesteśmy. Ale wierzę, że jesteśmy także w stanie zrezygnować z niektórych, zbyt kosztownych dla psychiki większości z nas, dróg ich rozwiązywania (bestialstwo, ludobójstwo).
Osobiście nie twierdzę, że nie potrzeba ludziom etyki, która streszczałaby nasze wrodzone intuicje moralne i która przenosiłaby nasze współczucie na osoby, z którymi nie mamy i nie będziemy mieć nigdy bezpośredniego kontaktu. Np. na całe społeczeństwo, na ludzkość - idea braterstwa, tolerancji (oczywiście z wyjątkiem dla tych którzy z gruntu nie są tolerancyjni), praw człowieka, wyrównywania szans ekonomicznych, pomocy mniej uzdolnionym, chorym i wykluczonym. A nawet na inne gatunki zwierząt. Ale nie ma żadnej konieczności angażowania w to bajkowych postaci. Równie dobrze moglibyśmy wmówić ludziom, że mają się "dobrze" zachowywać bo patrzy na nich papa smerf. Ale po co? Nie lepiej, jeśli jej sens będzie dla wszystkich zrozumiały i racjonalnie umotywowany? Aby taka etyka nie wychodziła poza rzeczywiste, podstawowe potrzeby ludzkie, wyłącznym kryterium powinna być dla niej bezpośrednia krzywda, jakiej może doznać jednostka - pozbawienie życia (zabójstwo), wolności osobistej, mienia (kradzież), uszczerbek na zdrowiu (przemoc). Granicą wolności dla mojej pięści, jest twarz drugiego człowieka, oczywiście z wyjątkiem obrony własnej, czyli sytuacji gdy czyjąś pięść znajdzie się przed naszą twarzą - nadstawianie drugiego policzka jest passe. Nie wyklucza to oczywiście istnienia ciągłych konfliktów interesów - tacy jesteśmy. Ale wierzę, że jesteśmy także w stanie zrezygnować z niektórych, zbyt kosztownych dla psychiki większości z nas, dróg ich rozwiązywania (bestialstwo, ludobójstwo).
Dlaczego nie chcę być katolikiem, ani nawet żyć w tej
tradycji, jak spora część moich rodaków, którzy od dawna nie wierzą lub w ogóle
ich to nie obchodzi i nigdy nie obchodziło, ale ochrzcić dzieci muszą bo co na
to rodzina, znajomi? Odpowiedź jest dla mnie jasna: ta tradycja, ten sposób
widzenia świata, to podejście do życia podstępnie zatruwa i niszczy umysł. Wiem
to z doświadczenia. Pod płaszczykiem miłości bliźniego nie rzadko kryje się
nietolerancja, antysemityzm i homofonia, zbiorowa paranoja, pragnienie zysku i
władzy, dogmatyczne podejście do
ludzkich problemów. Niektórzy pewnie uważają, że nie mam prawa w ten sposób
mówić bo to obraża ich uczucia religijne a zresztą, co ja mogę wiedzieć? Otóż
mam prawo! Wychowałem się w rodzinie religijnej aż do bólu, czytałem niegdyś
biblię częściej niż ojciec Rydzyk i cała rodzina Terlikowskich razem wzięta, w
moim domu rodzinnym często przebywali księża. Niech sobie żyją jak chcą, ale swoje krucjaty
niech prowadzą w Watykanie albo na księżycu.
Moi najbliżsi mawiają czasem, że Bóg jest dla tych,
którzy go szukają. Szukałem, nie znalazłem i dobrze mi z tym! Także w samej
koncepcji osobowego Boga nie znalazłem nic koniecznego i przydatnego dla życia.
Pozbywam się balastu, jakim obciążyła mnie religia, wdrukowując mi w umysł swoje
schematy myślenia, postrzegania. I wiecie co? Wreszcie zaczynam czuć się
szczęśliwy, zmniejszyła się moja skłonność do depresji i wybuchowych reakcji!
Nie zauważyłem też, żebym był mniej uczciwy, miał mniejszy opór przed
podrzynaniem innym gardeł i napadaniem na banki. Przeciwnie, żyję lepiej z
ludźmi bo lepiej mi się z nimi rozmawia. Lepiej mi się z nimi rozmawia bo
jestem radośniejszy i zamiast mówić im jacy mają być i czego jakieś bóstwo od
nich oczekuje, staram się ich poznać i zrozumieć. Żałuję jedynie, że gdy byłem dzieckiem i siłą rzeczy nie miałem nic do powiedzenia, dokonano za mnie wyboru. Ludzie religijni, posługując
się zabawnie archaicznym językiem, mówią o czymś takim, jak „dawanie świadectwa”.
To właśnie moje świadectwo!