Wczoraj odbyła się w Sejmie debata o związkach partnerskich.
Słuchając wypowiedzi p.osłanek i p.osłów tzw. prawicy, ich pseudofilozoficznych
nonsensów, mocno się przeraziłem i długo nie mogłem po tym zasnąć. Może się
wydawać, że kwestia związków partnerskich bezpośrednio mnie nie dotyczy,
ponieważ żyję w szczęśliwym małżeństwie (mam nadzieję, że moja żona też).
Przeraziło mnie jednak, po pierwsze, że ludzie, których rolą jest jedynie
zapewnienie nam stabilnych i bezpiecznych warunków do życia mówią nam jak
powinniśmy a jak nie powinniśmy żyć! Po drugie, równie przerażające, z ich argumentami nie da się
polemizować – są tak absurdalne, jak
dialog muchy z nietoperzem o dziełach Picassa.
Weźmy na początek wypowiedź posła Tadeusza Woźniaka: „Homoseksualizm od wieków uważa się za
poważne zepsucie. Propagatorzy homoseksualizmu podjęli podstępną próbę
zrównania związków homoseksualnych z heteroseksualnymi” (cyt. za gazeta.pl).
Pomijając już to, że ustawa nie dotyczy jedynie związków homoseksualnych, na
usta ciśnie mi się taka oto odpowiedź dla posła Woźniaka: Panie p.ośle, przez
całe wieki Ziemię „uważało się” za płaską. Przez całe wieki „uważało się” też,
że upuszczanie krwi jest lekiem na wszystkie choroby… Nie bardzo też rozumiem o
co panu chodzi z tym zrównywaniem. Domyślam się, że chodzi o zrównywanie praw
(bo jak zrównać związki? walcem drogowym?). Ale przypominam, że żyjemy w
demokratycznym państwie, w którym to konstytucja gwarantuje równość obywateli
wobec prawa.
Oo, to jest mocno intrygujące: „Dekalog jest podstawą dla
wszystkich prawników. Tam jest napisane: Nie pożądaj żony bliźniego swego, a
nie partnera swego” (Kazimierz Ziobro, cyt. za gazeta.pl). Popatrz… a ja
naiwnie myślałem, że podstawą dla prawników jest ustanowione i skodyfikowane
prawo. Hmmm, to może pozbądźmy się wszystkich kodeksów – karnego, cywilnego,
drogowego… ba!, na cholerę nam konstytucja? Od dziś na każdym wydziale prawa studenci
powinni wkuwać biblię na pamięć! Boję się tylko, że skończy się to przywróceniem
kamienowania. O pozytywizmie prawniczym chyba ten Ziobro nie słyszał a podobno
takie trudne te studia są.
A teraz moje ulubione, zacytuję tylko fragment bo reszta to
już jakiś kompletny bełkot: „Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z
naturą.” (Krystyna Pawłowicz za gazeta.pl). Co to znaczy, że coś jest „zgodne”
z naturą? Przecież wszystko, co się w niej wydarza, każde zdarzenie, jakie
miało miejsce we Wszechświecie, czy to w skali planetarnej, czy biologicznej
jest zgodne z naturą bo inaczej by się ono nie wydarzyło! Jeśli się wydarzyło,
to przecież w naturze, co nie? Bo gdzie indziej?
Nie istnieją też jakieś konieczne, niezmienne „prawa” natury
– wszystko, co jesteśmy w stanie stwierdzić przez obserwację świata, to że w
przyrodzie mają miejsce pewne powtarzalne sytuacje, „nawyki”. Np. to, że jabłko
spada na ziemię. Ale nie zawsze tak musi być. Fizycy dopuszczają możliwość
istnienia Wszechświatów, w których mogą obowiązywać zupełnie inne „nawyki
przyrody”. Zresztą można powiedzieć, że homoseksualizm (choćby istniał tylko u
ludzi) jest takim „nawykiem przyrody” w naszym świecie, tylko nieco rzadszym.
Potocznie przez „prawa natury” rozumiemy więc pewne
regularności, schematy (modele) które są umowne – nasz umysł je wyróżnia
(tworzy i nakłada na rzeczywistość) z pośród innych możliwych. Ale np. układ
nerwowy nietoperza wyróżnia już nieco inne. Koncepcja praw naturalnych to jedno
wielkie filozoficzne nieporozumienie. Jeśli ktoś jest tym szerzej
zainteresowany, polecam sięgnąć na początek do Davida Hume’a.
Na koniec coś, z czego mało nie umarłem ze śmiechu, pomimo że
wciąż byłem i jestem przerażony głupotą i fanatyzmem płynącym z tych wszystkich
wypowiedzi. W zasadzie to był trochę taki śmiech pomieszany z lękiem. Uwaga… „Nie
ma przecież wątpliwości, że pomiędzy dwoma mężczyznami albo dwiema kobietami
może istnieć jedynie przyjaźń, nie miłość, a już zupełnie nie miłość małżeńska.
To nie jest kwestia tylko religii, ale i biologii. Miłość małżeńska prowadzi do
prokreacji, osoby tej samej płci nie mogą się rozmnażać, nawet teoretycznie”
(Artur Górski, cyt. za gazeta.pl).
Jest pan pewien? A miłość między ojcem a synem lub matką a
córką? To przecież miłość między dwiema osobami tej samej płci! No, ale po co
ja się wysilam, przecież w „tradycyjnej” rodzinie najważniejsza jest
kindersztuba, prawda? A miłość? Po co, jeszcze dzieciak wyrośnie na „homosia”…
czy nie tak Panie p.ośle? I co pan do diabła rozumie przez miłość biologiczno –
prokreacyjną? Miłość to miłość a prokreacja to prokreacja i kropka.
Dzisiaj jestem jeszcze bardziej przerażony i zawiedziony. Wygrał nonsens i fanatyzm.
